5 dni na wyspie

Kiedy w nieustającym deszczu wjechaliśmy na Wyspę Księcia Edwarda byłam w kiepskim nastroju. Zła, przemoczona, już planowałam wpis o tym, że po raz kolejny ludzie mówili nam, że coś będzie jakieś, a okazywało się odwrotnie. Tym razem wszyscy zachęcali nas do odwiedzenia PEI, a tu jak się okazuje jest szaro, mokro i wszędzie są komary!
Myślę, że „na nie” byłam przez mniej niż 24 godziny. Tak jak po deszczu zawsze wychodzi słońce, tak dnia następnego, niespiesznie pedałując wzdłuż południowego wybrzeża, zaczęłam się poddawać urokowi wyspy. Falujące pagórki, cisza i niesamowite kolory (początek jesieni, jabłka dojrzewające w sądach i czerwona ziemia jakiej nie spotkałam nigdzie indziej) zrobiły swoje. A gdy dotarliśmy do Argyle Shore Provincional Park przepadałam – widoki przecudne, niemal pusta plaża (tzw. high season kończy się 15-ego września), czerwone klify – musiałam przyznać rację tym którzy mówili, że jeśli jest się w Kanadzie to trzeba odwiedzić Wyspę Księcia Edwarda.
Nasz pomysł na to jak przejechać przez najmniejszą prowincję zmieniał się chyba trzykrotnie, chcieliśmy zobaczyć też trochę północnej części, ale problemy ze znalezieniem hosta, dające się coraz bardziej we znaki zmęczenie materiału i prognozowane deszcze sprawiły, że skróciliśmy plan do dwóch dni z noclegiem w Charlottetown. Piszę plan bo z tego też nic nie wyszło, a to za sprawą Fiony.
O tym, że na południu formuje się huragan, który zmierza w stronę wschodniego wybrzeża Kanady wiedzieliśmy już zanim zostaliśmy wwiezieni na wyspę (po Moście Konfederacji nie wolno poruszać się pieszym ani rowerzystom, więc skorzystaliśmy z shuttle busa, który okazał się półciężarówka z bagażnikiem na rowery). Nawet jeśli nic byśmy o nim nie wiedzieli – serdeczni i pomocni mieszkańcy nie zwlekali by nas przed nim ostrzec. Tym razem każdy kto nas zaczepiał nie pytał się dokąd jedziemy tylko czy wiemy, że idzie huragan i czy mamy gdzie przenocować.
Gdy dotarliśmy do stolicy PEI okazało się, że mamy dwie możliwości: jechać następnego dnia na prom i kierując się dalej od wybrzeża szukać noclegu pod dachem albo zostać i na wyspie przeczekać huragan.
Szymon był zdecydowany żeby zostać, ja trochę się wahałam – tradycyjnie pisząc w głowie czarne scenariusze obawiałam się, że możemy utknąć. W końcu dałam się przekonać.
Kolejny dzień wykorzystaliśmy na krótką wycieczkę, aby zobaczyć odrobinę północnego wybrzeża i zachwalane piaszczyste plaże.
Potem przyszedł wiatr i deszcz…
Nie będę się rozpisywać na temat Fiony. Przetrwaliśmy huragan w bardzo komfortowych warunkach i największym naszym zmartwieniem był nie kursujący przez kilka dni prom. To nic w porównaniu do mieszkańców wyspy, którzy zostali skazani na minimum kilka dni bez prądu lub właściciele sadów, którzy utracili wszystkie owoce.
Ale jak mówiła nasza gospodyni „jesteśmy wyspiarzami, przetrwamy to”.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *